Transylwania, Rumunia

Siano. Pięknie.

Rolnicy w Transylwanii stworzyli krajobraz wypełnionych kwiatami łąk siennych.
Czy mogą przetrwać?

Autor: Adam Nicolson (National Geographic)

Nie możesz powstrzymać się od uśmiechu, spacerując wczesnym latem po rosnących na trawie dolinach Siedmiogrodu. Wydzielają one rodzaj słodko pachnącego dobrego samopoczucia, głównie dlatego, że w tych dolinach w Karpatach w centrum Rumunii znajduje się jeden z największych skarbów uprawianego świata: jedne z najbogatszych i najbardziej zróżnicowanych botanicznie łąk kośnych w Europie. Na jednym placu łąki można znaleźć do 50 różnych gatunków traw i kwiatów, a nawet więcej, gdy usiądziesz pośród nich. Ten kwiecisty cud jest utrzymywany nie przez naturę, ale przez naturę działającą ludzką ręką. Bogactwo istnieje tylko dlatego, że łąka pozostaje łąką, jeśli jest koszona każdego lata. Porzucony zostanie wypełniony peelingiem za trzy do pięciu lat. W każdym razie na razie Transylwania jest światem pięknym dzięki symbiozie. Przez cały dzień zapach łąk stopniowo gęstnieje, a wraz z zachodem słońca z gór wysięga ostry jak miód zapach orchidei motyli, pachnących nocą, zapylanych przez mole.

Transylwania, Rumunia

Idź na spacer, a znajdziesz kwiaty tłoczące się wokół twoich stóp. Praktycznie bez chemicznych rozpyleń i sztucznych nawozów - zbyt drogich i nieufnych dla tych biednych, drobnych rolników - oznacza to, że zbocza wzgórz są fioletowe ze szałwią łąkową i różowe ze sparcetą. Kwiaty, rodzaj powiększonego jaskra, stoją w łatach tłumiących jak japońskie latarnie. Małe spalono-pomarańczowe jastrzębie zwane lisem i młodymi przeplatają się ze szczawiem i orchideami, kampanulami i żółtą grzechotką. Przed Tobą na torze pojawiają się zające. W niektórych miejscach trawy zostały zgniecione i zepchnięte na bok - niedźwiedzie przeszły tędy, szukając mrowisk do plądrowania lub grzybów do grabieży.

Ale jeśli pójdziesz z Attilą Sarig - potężnym i elokwentnym 30-letnim rolnikiem z Gyimes w Transylwanii - doświadczenie się pogłębia. Sarig, czasami z mrukniętym „Aha”, zatrzymuje się od czasu do czasu, aby zebrać lecznicze zioła, które rosną wśród traw: szczaw, snapdragon, goryczka, majeranek, tymianek, szałwia łąkowa, z których wszystkie zawisną i wyschną w jego domu lub stodole na zimowe napary. „Wiem, że tworzę ten krajobraz tym, co robię” - mówi.

Etnoekolodzy Zsolt Molnár i Dániel Babai odkryli, że wśród mieszkańców Gyimes każdy powyżej 20 roku życia może średnio rozpoznać i nazwać ponad 120 gatunków roślin. Nawet małe dzieci znają od 45 do 50 procent gatunków. „Dzieje się tak dlatego, że nadal zależą od biomasy” - mówi Molnár. - Muszą wiedzieć, co ich karmi. Wśród przebadanych przeze mnie osób znane są 72 proc. widocznej flory i 84 proc. szaty roślinnej ”. To ręcznie robiony świat, w dużej mierze niezmechanizowany, zbyt stromy na ponowne sadzenie, więc ludzie dowiedzieli się dokładnie, co tam jest. Molnár sugeruje, że nigdzie indziej ludzie nie mogą wyróżnić w swoim lokalnym słownictwie tak dużej liczby oddzielnych siedlisk: zacienionych, wilgotnych, stromych, drzewnych, omszałych i tak dalej. „Średnia na świecie wynosi od 25 do 40” - mówi. „Maksymalna liczba, jaką ktokolwiek znalazł gdzie indziej, wynosi 100. Tu w Gyimes jest co najmniej 148.

Istnieje potężny łańcuchem połączeń. Latem trawa pastwisk karmi jedną lub dwie krowy rodzinne. Ale w ciągu sześciu miesięcy od połowy listopada do połowy maja muszą pozostać w środku, gdzie siano zapewnia im jedyne pożywienie. Tylko siano sprawia, że trzymanie krów jest możliwe, a tylko mleko krowie sprawia, że ludzkie życie jest tu opłacalne. Ludzie w Transylwanii żyją na transferze składników odżywczych z łąki na talerz. Dlatego w tych dolinach miarą wszystkiego jest siano.

Transylwania, Rumunia

Kiedy Réka Simó, żona Attili, która wychowała się w Budapeszcie na Węgrzech, po raz pierwszy przybyła do Gyimes, nie mogła uwierzyć, jak „ludzie chodziliby tylko w pojedynkę przez łąki”. To było tak, jakby, mówi, „łąki były świętą ziemią. Jakby ci Siedmiogrodzianie żyli w świecie poświęconym św. Trawie ”.

W pewnym sensie ci transylwańscy rolnicy żyją na sianie. W całym regionie, od rumuńskojęzycznego Maramureş na północy po etnicznie węgierskie prowincje w centrum kraju i wioski okupowane przez niemieckojęzycznych Sasów, skala ich działalności jest zasadniczo średniowieczna. Miliony ludzi w Rumunii pracują w gospodarstwach, z najmniejszymi stadami, najniższymi plonami, jednymi z najwyższych poziomów samowystarczalności i jednym z najniższych dochodów w Europie. Przeciętne gospodarstwo ma 8 akrów. Ponad 60 procent mleka produkowanego w kraju pochodzi od rolników posiadających dwie lub trzy krowy, z których prawie żadna nie opuszcza gospodarstwa, w którym zostało wyprodukowane. Matematyka jest zarówno prosta, jak i tyrańska. Jedna krowa zjada zimą cztery lub więcej ton siana. Taka ilość siana potrzebuje do wzrostu do pięciu akrów ziemi i może zająć dziesięć gorących, ciężkich dni tylko do skoszenia. Jeśli kosisz sam i z kosą, co nadal ma miejsce na dużych obszarach wyżyn, trzy krowy oznaczają miesiąc koszenia.

Ale to dopiero początek. Z każdym kawałkiem trawy należy obchodzić się dziesięć lub więcej razy. Najpierw jest koszony; następnie koszone łodygi muszą być rozdrobnione na małe stosy, które nie wchłaniają rosy; następnie rozprzestrzeniają się ponownie w słońcu następnego dnia, aby wyschnąć; następnie odwracają się w słońcu, aby wysuszyć podkłady; gromadzą się w stogu siana na polu; ostatecznie ładowane na wózek, stóg siana na kółkach, z motylami tańczącymi nad załadowanym sianem; zjeżdżają ścieżkami do zagrody, gdzie konie są karmione sianem, które tam ciągną; rozładowane w stodole do pysznie pachnącej sterty jak suchy, letni bulion; ułożone wysoko w okap stodoły - kurczaki wyrzucone jako pierwsze, aby nie zostały uduszone pod nadchodzącym sianem - tam, gdzie gromadzi się jako szeleszcząca zielona tkanina („musi brzmieć dobrze; chyba że brzmi dobrze, nie będzie smakować dobrze”), w której kwiaty zachowują swoje błękity, żółcie i czerwienie; następnie, gdy nadchodzi zima i krowy są przywożone z pastwisk, siano na ich codzienne ugryzienie musi być odcięte od gęstego korpusu stosu i ostatecznie nakarmione zwierzętami znajdującymi się poniżej w ich żłobkach.

Transylwania, Rumunia

Mleko krów w lecie, gdy trawa na pastwiskach jest bogata, jest przerabiane na miękkie sery, zwykle spożywane w domu lub dzielone z sąsiadami. Mleko sprzedaje się również na wsi lub w pobliskim miasteczku. Albo pijany w domu. Młode cielęta otrzymują mleko przed sprzedażą żywcem lub zjedzeniem, jako najlepsze możliwe mięso. Obecnie produkuje się bardzo mało masła. Zamiast tego na chlebie jada się zagrażający sercu pyszny tłuszcz wieprzowy. Sporadycznie nawet świnie karmione są mlekiem. Tymi różnymi drogami dobroć trawy trafia do każdego zakątka życia.

Ale nie miej wątpliwości: To świat bez wielkich bogactw. Możesz poczuć ciężką pracę, która utrzymuje go w doskonalonej muskularności każdej dłoni, którą podajesz, męskiej lub żeńskiej. Tutejsza rodzina rolnicza może liczyć na utrzymanie za około 4000 euro (5235 $) rocznie, często uzupełniane dochodami z innej pracy. Mniej niż połowa gospodarstw domowych ma łazienki. Cena koni jest wysoka, bo mało kto może sobie pozwolić na samochód. Siedziałem przy stole, przy którym rodzina dyskutowała, czy kupić konia, czy traktor. Odpowiedź: koń, bo nikt jeszcze nie wymyślił traktora, który urodzi inną wersję siebie. Z drugiej strony nie musisz karmić ciągnika w dniu, w którym nie pracuje.

W latach komunistycznych, od 1947 do 1989 roku, utrzymywano reżim koszenia na łąkach wysokich. Ale po rewolucji, która pozbyła się Ceauşescus pod koniec 1989 roku, spółdzielcze gospodarstwa rolne zostały rozebrane, a ziemie zwrócone poprzednim właścicielom. Ludzie wznowili rolnictwo na małą skalę, które praktykowali przed komunizmem, ale od połowy lat 90. zaczęło ono spadać. Rolnicy się zestarzeli. Młodzi rolnicy uważali, że mogą lepiej wykorzystać uprawę roli lub pracę w mieście. Mleko można było tanio kupić od producentów przemysłowych gdzie indziej. Nie było wówczas sensu, aby łąki sienne były bogatym, odziedziczonym atutem.

Transylwania, Rumunia

Jak mówi stary rolnik Vilmos Szakács z Csíkborzsovej, w Europie Zachodniej „ogólnym podejściem było pozostawienie starych rzeczy za sobą”. Praca za granicą wyglądała bardziej kusząco niż pozostanie w domu z bydłem i sianem. Dwumiesięczna praca nad budową w Norwegii lub Szwecji zarabia teraz wystarczająco dużo, aby kupić dom i ziemię w Siedmiogrodzie. Podobnie jak w innych siedmiogrodzkich społecznościach, liczba zwierząt w Csíkborzsova - urokliwej wiosce na wschodzie - z 3000 bydła i 5000 owiec w 1990 r. do 1100 bydła i 3500 owiec w 2012 r. Alternatywne zatrudnienie oznaczało mniej zwierząt, mniej zwierząt oznaczało mniej potrzebnego siana, a mniej potrzebnego siana oznaczało niekoszone łąki.

Las zaczął wkradać się do nich z powrotem. Gdy cień drzew się zamykał, kwiaty łąkowe zaczęły znikać. „Widzieliśmy świerki wychodzące z grzbietu na południe” - powiedziała mi Rozália Ivácsony o łąkach swojego sąsiada na zachód od Csíkborzsova. - Starzec umarł, a młody tego nie chciał. Z własnej dorosłej rodziny mówi: „Dzieci przychodzą i patrzą na widok, jedzą, piją i odchodzą. Nauczyliśmy ich, aby nie stawali się rolnikami. Ta ziemia- machnęła powoli ramieniem wokół własnych cudownie pięknych wzgórz -jest teraz bezużyteczna. Żaden cudzoziemiec go nie chce i zostanie porzucony ”.

Do tych wsi zaczęły napływać zagraniczne pieniądze, zarobione przez młodych mężczyzn i kobiety pracujących za granicą. Domy, które „w czasach komunizmu kosztowały sześć stogów siana”, jak powiedział mi rolnik Gheorghe Paul z Breb w Maramureş, „teraz nie kosztowałyby mniej niż 500 stogów siana”. Stare drewniane mieszkania zostały rozebrane lub odnowione. Na ich miejscu pojawiły się duże domy z mikrofalami na blatach melaminowych i grillami na poziomie oczu, patrzącymi na podwórka, na których utrzymuje się stary świat: kurczaki i indyki dziobiące pod śliwkami; krowa cierpliwie czekająca w swoim niskim, bezoświetlonym kącie; świnie wdychające w chlewie; oraz dziadkowie przynoszący siano z łąk.

Transylwania, Rumunia

Problemy pogłębiło przystąpienie Rumunii do Unii Europejskiej w 2007 roku. Niezdarne definicje europejskich dotacji uniemożliwiły wielu małym siedmiogrodzkim gospodarstwom uzyskanie europejskich pieniędzy. Ponad 70 proc. intensywnie podzielonych gospodarstw indywidualnych było zbyt małych, aby rumuńscy biurokraci w Bukareszcie mogli je nawet uznać za gospodarstwa. UE twierdzi, że nic poniżej trzech czwartych akra nie jest kwalifikującą się działką, ale większość pól Siedmiogrodu jest mniejsza. Liczba krów wzrosła w niektórych większych gospodarstwach, ale przepisy higieniczne zaprojektowane dla zaawansowanych technologicznie niemieckich i skandynawskich mleczarni ograniczają żywotność starych sposobów. Na przykład serki wiejskie zawsze robione były w wannie brzozowej. („Musisz robić wszystko delikatnie” - powiedział mi Attila Sarig, ugniatając twarogi - „jak z dziewczyną”). UE nalegała, aby był on wykonany na stole ze stali nierdzewnej. Tradycyjną datą rozpoczęcia koszenia niskich łąk w niektórych częściach Siedmiogrodu jest dzień św. Jana, 24 czerwca, ale rząd rumuński wyznaczył datę na 1 lipca. Dodatkowe europejskie dotacje są dostępne tylko wtedy, gdy łąka jest koszona 1 lipca lub później, aby umożliwić nasieniom kwiatów i młodym ptakom dojrzewanie.

Gdy widzieli, jak ich świat się wyczerpuje , ludzie chcieli go uratować. „Chcę zatrzymać kraj, który stworzyli mój ojciec i dziadek” - mówi Józef Szőcs. I tak tu i ówdzie, na małe sposoby, zaczęli przejmować kontrolę nad własnym życiem. Do pracy doszły lokalne organizacje ochrony przyrody. Mleko było wcześniej kupowane we wsiach przez duże firmy mleczarskie, które prowadziły punkty odbioru mleka i kontrolowały cenę. Począwszy od 2006 roku, jedna lub dwie społeczności, w tym Csíkborzsova, założyły własne punkty odbioru mleka, kupując urządzenia do przechowywania i chłodzenia oraz ustanawiając systemy higieny, które były zgodne ze standardami UE. Każdy rolnik, który przynosił mleko w wiadrach i wiadrach do punktu zbiórki, otrzymywał zapłatę - ale tylko wtedy, gdy jego mleko było czyste i dobrej jakości.

Wyniki były natychmiastowe. Mleko od tych rolników Csíkborzsova, którzy przystąpili do nowego systemu, było zbierane i sprzedawane oddzielnie od innego mleka. Cena czystego mleka wzrosła początkowo o 50 proc., a do 2012 roku była trzykrotnie wyższa niż za mleko z innych wsi. W punkcie odbioru mleka w Csíkdelne spotkałem pewnego wieczoru Jenő Kajtára. Wciąż w swoim niebieskim kombinezonie rolniczym przywiózł 50 litrów (13 galonów) od pięciu dojonych przez siebie krów. Wszystko szło dobrze. Wcześniej miał cztery krowy, teraz miał sześć, a w ciągu trzech lat cena mleka wzrosła czterokrotnie, podwajając się, gdy zainstalowano nowy punkt odbioru mleka i ponownie, gdy wiejska spółdzielnia założyła punkt sprzedaży bezpośredniej w Miercurea-Ciuc, pobliskim mieście. Świeże, niepasteryzowane mleko było teraz dostępne w zautomatyzowanej maszynie mleczarskiej, napełnianej dwa razy dziennie chłodnią dostawczą z wioski. Zapytałem Kajtára, dlaczego sądzi, że mieszkańcy miasta kupują jego mleko. - Bo to prawdziwe mleko pełne - powiedział, uśmiechając się pod wąsami - kawałek przeszłości, który ich życie miejskie zostawiło za sobą.

Transylwania, Rumunia

Nigdy nie sądziłem, że widok maszyny do dozowania mleka mnie poruszy. Ale był to symbol ludzi, którzy próbowali zachować coś wartościowego w świecie, którego siły robiły wszystko, co w ich mocy, aby to zniszczyć. Mleczarnia w Miercurea-Ciuc może, co zdumiewające, zagwarantować ciągłość życia tych kwiecistych łąk wysoko w górach nad nami.

Ekonomia pozostaje krucha. Szwajcarski dystrybutor mleka kosztuje około 13 000 $, a zarabia około 40 000 $ rocznie, ale ten rodzaj sprzedaży bezpośredniej oznacza, że jeśli jeden rolnik wprowadzi do systemu złe mleko, ci, którzy je kupują, zachorują, zaufanie zniknie, sprzedaż załamie się, a cała wioska ucierpi. W tygodniu, w którym byłem w Csíkdelne, 4 z 22 rolników zostało zakazanych na jeden tydzień, ponieważ przedłożyli mleko niespełniające norm. Jeden lub dwa zostały na stałe zakazane z powodu przewlekłego nieprzestrzegania wymaganych standardów.

Jednak na ogólnie malejącym rynku, wraz z wyższymi cenami, liczba krów w wioskach skupu mleka rośnie. Wraz ze wzrostem liczby krów wzrasta również zapotrzebowanie na siano, a łąki, które w przeciwnym razie powróciłyby do lasu, są ponownie koszone.

A ludzie czują głęboką dumę z tego, że nie porzucają odziedziczonego piękna. - To nasza ziemia - uparła się do mnie Anuţa Borca, młoda matka z Breb, opowiadając mi o swoich rodzinnych łąkach. - Musimy się tym zająć. Musimy nauczyć dzieci tradycji. I naucz ich czegoś, co pozwoli im przetrwać, jeśli nie mają pracy ”. Zatrzymała się od haftu, który robiła na lnianej koszuli dla syna. - To ważne, bo tradycja jest skarbem. Jeśli się tego nauczą, będą bogatsi ”.

Pewnego dnia znalazłem w Breb inną damę, Ileanę Pop, haftującą lnianą koszulę dla swojego zięcia. Skąd, zapytałem, wzięły się wzory? - Och - powiedziała od niechcenia - pochodzą z początku świata. Ale mieszamy stare wzorce z własnymi pomysłami. Nigdy nie opuszczamy stylu. Po prostu bawimy się stylem ”.

Gdyby tylko można było uporządkować ekonomię, gdyby tylko europejskie dotacje rolne były lepiej dostosowane do lokalnych różnic, gdyby tylko rząd rumuński był bardziej czujny na zdumiewające bogactwa krajobrazowe Siedmiogrodu, wówczas możliwe byłoby uratowanie tego siennego świata. Transylwania nie jest jeszcze skamieniałością. Nadal żyje - tylko jeśli potrzebuje podtrzymywania życia. Ale reprezentuje jedno z wielkich pytań na przyszłość: Czy współczesny świat może utrzymać piękno, którego sam nie stworzył?