Przebywaliśmy przez wieś, aby przesunąć frazę z powieści Renaty Adler Pitch Dark, podróżując przez kraj wzdłuż bocznych dróg przechodzących przez rzędy bukowych drzew wartowniczych, obok wzgórz dromaderskich i pól, których świeżo zmarszczona ziemia była tak pysznie czarna i gliniasta, że kusiło cię, by wyskoczyć z samochodu i zebrać miskę. Wraz z przyjaciółmi zmierzaliśmy do Transylwanii, mało odwiedzanego pasma kontynentalnej Europy w cieniu Karpat, terra incognita z wyjątkiem, oczywiście, miejsca fantazji znanego legionom czytelników i filmowców, którzy natychmiastowo kojarzą się z niezwyciężonym Księciem Ciemności i kasą ka-ching!: Drakula.

Mów o nieumarłych! Ani czosnek, ani woda święcona, ani dobrze wymierzony kołek nie mogą powstrzymać franczyzy tego upiora - Światło, Czysta Krew, erotyczno-gotycki wampir Lestat. Ale zapomnij o Drakuli. Mieszkańcy Transylwanii z pewnością to zrobili. Z wyjątkiem jego rzekomego miejsca urodzenia i mało imponującego zamku, w którym od czasu do czasu przebywał książę Muntenian, który dostarczył historyczną armaturę do powieści Brama Stokera z 1897 r., prawie nikt tam nie szczędzi wiele uwagi dla pełzacza o północy. Nie jest łatwo znaleźć nawet kiczowate kubki z pamiątkami przedstawiające go z krwią kapiącą z jego ceramicznych kłów. Próbowałem.
Jest jeszcze jedna Transylwania. Tam i z powrotem wróciłem do niej, jakby nieuchronnie i szczęśliwie w każdym przypadku. Po raz pierwszy przybyłem w śmierć mrożącej krew w żyłach zimy, aby donieść o gwałtownej rewolucji. Przemycając nielegalnie wynajęty samochód przez granicę z Węgier w 1989 roku, wraz z kolegą fotografem przejechaliśmy setki mil przez ośnieżone monochromatyczne krajobrazy, tak niewiele zmienione przez najazdy przemysłowej nowoczesności, że równie dobrze mogliśmy być postaciami w wyblakłym kineskopie.
Dziwnie dobrze ułożone autostrady rozciągnięte na mile przed nami. Chociaż Sowieci utrzymywali swoje marionetkowe państwa w złych warunkach, to jak każdy inny zdobywca, który przemierzał ten kluczowy bastion łączący Europę na wschód i zachód, byli wybredni w swoich drogach. Zamiast spodziewanych czołgów widzieliśmy tylko okazjonalny wózek zaczepiany o mocne konie pociągowe, za wodzami rolnika w płaszczu z surdutowej owczej skóry i z lalkarskim trylobitem siedzącym na głowie. Para z wydechów koni wisiała w powietrzu jak pióropusze kryształu. Ruszyliśmy naprzód w poszukiwaniu odważnego rewolucyjnego dysydenta Lázsló Tõkésa, gdzieś na północ od miasta Timișoara. W końcu go znaleźliśmy, ukrytego w drewnianym kościele w wysokich Karpatach. Jednak to, co przetrwało z tej podróży, nie jest dziennikarskim kamieniem milowym, ale nawiedzającymi wspomnieniami piękna regionu, do którego przysięgałem zawsze wracać.
Rumunia jest teraz demokracją, aczkolwiek rządzoną przez resztki aparatów, i niezwykle łatwym miejscem, w którym można wyruszyć na trasę, która prowadzi trasę najpierw przez Daków, a następnie przez Rzymian, Gotów, Gepidae, Hunów, Awarów, Bułgarów, Pieczyngów, Madziarów i Sasów. Na każdym z dwóch kolejnych wyjazdów wskazywałem sobie na tzw. Siedem Miast, osad założonych przez mniejszość saską na mocy starożytnego porozumienia z rumuńskimi zdobywcami węgierskimi. Od około XII wieku Sasi zbudowali serię wysp bez dostępu do morza i ufortyfikowanych wysp w postaci wyrafinowanych miast, takich jak Sibiu, Sighișoara i Alba Iulia, z których każde łączyło się z innymi w głębokim krajobrazie pasterskim za pomocą wielu podobnie zorganizowanych wiosek.
Każdy, podobnie jak rysunek Eschera, ma swój własny kościół cytadelowy i palisadę obwodową, z których każdy ma charakterystyczne koncentryczne wewnętrzne skrętki czystych mieszkań. Z rzadkim wyjątkiem, każdy z nich nadal zawiera jakiś mało znany cud - luterańska katedra w Biertanie, uznana za obiekt Światowego Dziedzictwa, zarówno ze względu na kwadratową architekturę zabawkowo-gotycką, jak i wielopanelową; ogromny Czarny Kościół w Braszowie, splądrowany, podpalony i splądrowany przez wszystkich, od Mongołów po Osmanów i wciąż wznoszący się pocieszająco nad szerokim placem miasta; kafelkowa barokowa wieża zegarowa w Sighișoarze; rzędy symetrycznych XVIII-wiecznych domów w Viscri.
Niezależnie od prawdziwych postaci, poetycka desuetudia kościołów i wsi Siedmiogrodu jest kruchym stanem rzeczy. Zainspirowani ostatnimi zmianami w prawie własności ziemskiej, spekulanci i deweloperzy z Europy Zachodniej już zaczęli wysuwać roszczenia wobec tego kraju, spodziewając się, że pewnego dnia stanie się to dla Niemiec, tak jak Toskania dla Wielkiej Brytanii-Draculashire. Niektórzy z najbardziej przebiegłych wczesnych adoptujących przejęli prowadzenie od księcia Karola, nie tylko regularnego gościa, ale także siedmiogrodzkiego gospodarza. W różnych filmach na YouTube z miękką atmosferą można zobaczyć, jak dziedzic ochrony przyrody tronu brytyjskiego rapsodycznie opowiada o rzadkiej obfitości flory i fauny w regionie. To się trzyma kupy.
Dzięki w dużej mierze tradycyjnym praktykom rolniczym Transylwania zachowuje starożytną i stworzoną przez człowieka biosferę, która podtrzymuje uprawę i zarządza dzikością w rzadkiej harmonii. Kiedyś bukoliczne poglądy, takie jak te, które rutynowo spotykasz w Transylwanii, musiały być powszechne na wielkich przestrzeniach preindustrialnej Europy, ale już nie. Tam ocalałe populacje niedźwiedzia i wilka oraz rysia, a także sarny i dzika uważa się za największe w tym, co pozostało z europejskiej dziczy.
Wyruszając z jednego z dwóch skromnych domów księcia Karola w wioskach Viscri i Zalánpatak, z polnymi ścieżkami i wspólnym korytem dla bydła wyrzeźbionym z jednego pnia, podróżny może wędrować prawie bez ograniczeń przez tereny nieogrodzone aż po horyzont. Wyjątkowo w świecie ciasno usieciowanych osobistych płatów, pastwiska w Transylwanii są utrzymywane we wspólnocie. Na moich wędrówkach nie było zupełnie rozczarowujące napotkanie niczego szczególnie kłującego lub futrzastego. Ponieważ czas moich podróży zbiegał się z sezonowym przemieszczaniem się stad najpierw w górę, a później w dół z ich górskich pastwisk, wszędzie byłem witany przez orkiestrowe beczenie, gdy nad jakimś wzgórzem nadchodziło polarne tsunami.
Rzucanie się i skubanie były neurotycznie zajętymi owczarkami, ich warczeniem zniechęcającym turystę do pomylenia ich z Lassiem. Nieuchronnie za nim szedł jakiś lakoniczny pasterz z wyrytą w słońcu twarzą, zgiętą w ramieniu, zabawnym filcem na głowie i wyglądającym jak postać z potęgi Grimma, gdyby ludzie w bajkach palili.
Segregacja etniczna była charakterystyczną cechą prawie 1000-letniej okupacji saskiej. Z wnętrza swoich żywych cytadel jasnowłosi okupanci zmonopolizowali i udoskonalili lukratywne rzemiosła gildii, ważne rzemiosła i całą naukę. Gęsto zbudowane i w dużej mierze wertykalne miasta saskie czytają jak serię niezwykle harmonijnych esejów o tematyce i wariacji. Wędrowałem z Czarnego Kościoła w Braszowie, gdzie zawieszona w nawie jest najobszerniejsza kolekcja tureckich dywanów modlitewnych na świecie, do kościoła cytadeli w wiosce Mălâncrav, z jego XIV-wiecznym biblijnym cyklem fresków, a stamtąd do saskiego miasta Sibiu, gdzie, ustawionego wokół Piata Mare lub głównego placu, seria ładnych budynków wyznacza czas każdej kolejnej fali tworzenia bogactwa jak epokowe znaki zapytania.
Muzeum Historyczne znajduje się w średniowiecznym budynku, który niegdyś był domem prywatnym, a także ratuszem wzniesionym po raz pierwszy w 1549 roku. Przysiadowa, solidna wieża o nazwie Turnul Scarilor pochodzi z XIII wieku. Pastelowa barokowa konfekcja zawierająca Muzeum Brukenthala jest nowicjuszem, wybudowanym pod koniec XVII wieku; jej pobliska siostrzana instytucja, Muzeum Farmacji, znajduje się w budynku z 1569 roku, w którym mieściła się jedna z najstarszych aptek w dzisiejszej Rumunii. W piwnicy tego domu lekarz Samuel Hahnemann miał wynaleźć homeopatię. Jego teoria o kawie jako pierwotnej przyczynie większości powszechnych chorób nie potwierdziła się. Jednak musimy mu podziękować, że nikt już nie leczy bólów głowy, pozwalając na krew.
Efekt podróży w czasie związany z przekroczeniem Piata Mare w Sybinie; spacer po pasach XIX-wiecznych wiosek, gdzie ruch zatrzymuje się w południe na codzienne przeprawianie się przez gęsi; jazda drogami powrotnymi lub wędrówka po wzgórzach Siedmiogrodu jest zarówno wzmocniona, jak i szczególnie wzruszająca, gdy dowiadujesz się o masowym exodusie, który miał miejsce wkrótce po upadku Ceaușescu. Wypędzenia i wymazywanie etniczne, których różne brutalne reżimy nigdy nie zdołały dokonać, miały miejsce prawie z dnia na dzień w latach 80. i 90., kiedy niemiecki premier zaprosił Sasów z Siedmiogrodu do ojczyzny. „Exodus był naprawdę bolesny” - powiedziała Jessica Douglas-Home, urodzona w Wielkiej Brytanii przewodnicząca konserwatora przyrody Mihai Eminescu Trust, odnosząc się do zniknięcia 800-letniej społeczności, która niegdyś rozprzestrzeniała się po 266 miastach i małych miasteczkach. - Wszystko się zawaliło. Wszyscy uciekli.

Organizacja non-profit Eminescu Trust prowadzi Apafi Manor, pięknie odrestaurowaną neoklasyczną willę, która niegdyś służyła jako siedziba wiejskiej rodziny drobnej węgierskiej szlachty. Otoczony akrami ekologicznego sadu jabłkowego, urządzonego z imponującą powściągliwością i wykorzystującego głównie lokalne materiały angielskiego dekoratora Davida Mlinarica, przyjaciela i doradcy księcia Karola - XVII-wieczny dwór może teraz pomieścić małe grupy płacących gości. Zgodnie z radą Douglas-Home wędrowałem od wsi do wsi, od Mălâncrav do Viscri, po starych drogach wozowych i ścieżkach owiec przez to, co ona, z uzasadnieniem, nazwała „niezwykłym składanym pejzażem lasów, małymi osadami z dachami z terakoty i wspólnymi pastwiskami”.
Przez złoty jesienny pejzaż udałem się, od czasu do czasu do wioski, gdzie na poboczu stał rolnik taki jak Ionel Mihala, który wystawił na sprzedaż tace z grzybami, leśnymi jagodami lub dzikim miodem miętowym. Bladoniebieskie niebo było przeczesane strzępami cyrku; chłodna zima wkradła się w powietrze.
Powiedzieć, że nic nie zrobiłem, to nie sugerować, że dni były bezprecedensowe. Podobnie jak wszyscy podróżnicy pragnący kultury, jadłem oczami, należycie nagrywałem i umieszczałem swoje obserwacje w zeszytach i na iCloud. Jednak kiedy teraz przeglądam te notatki i obrazy, nie są to dane, które imponują tak bardzo, jak namacalny nurt przypomnianych uczuć. Wędrując po polach i przez szczyty wzgórz również doświadczyłem ruchu, z dala od neurotycznej nowoczesności i w prawdziwie dawne czasy, kiedy wydawało się, że zachowana jest delikatna równowaga między człowiekiem a naturą. Nie było wyzwaniem, aby zrozumieć, dlaczego starsi Sasi pozostawieni przez exodus czasami płaczą na schodach, bez wątpienia opłakując coś dobrego, co po utracie nigdy nie może zostać odzyskane.
Guy Trebay jest reporterem New York Timesa.
Zdjęcia: Frédéric Lagrange.


